Nie chcę być „pisarką”.
Nie chcę pozować do zdjęć z kawą i cytatem o wrażliwości.
Chcę być czytaną.
I tak — to brzmi bardziej bezczelnie niż „piszę dla siebie”.
Bo prawda jest taka: gdybym chciała pisać tylko dla siebie, nie publikowałabym ani jednego zdania.
Być czytaną to nie to samo, co zarabiać na pisaniu
Nie wierzę, że na tym etapie mogę zarabiać duże pieniądze z pisania. Rynek wydawniczy nie jest romantyczną baśnią, tylko strukturą biznesową. Debiutanci nie wchodzą tam z marszu do pierwszej ligi finansowej.
Ale nie udawajmy też, że pieniądze są brudne.
Artysta bez zaplecza finansowego jest zmęczony.
Zmęczony artysta pisze gorzej.
A gdy twórca zarabia, zarabiają wszyscy: wydawca, drukarz, dystrybutor, menedżer.
Dlatego będę mówić wprost: twórcy powinni zarabiać.
Ja jednak, na dziś, chcę być czytaną przede wszystkim dla spełnienia. Dla dopełnienia. Dla poczucia, że historie, które we mnie siedzą, mają sens poza moją głową.
Nie mogę nie pisać. Więc naturalnym krokiem jest chcieć, by ktoś to czytał.
Być czytaną przez wszystkich? Naiwne. A jednak.
Oczywiście, że chciałabym być czytaną przez wszystkich.
Czy to możliwe? Prawdopodobnie nie.
Piszę w różnych stylach, gatunkach, klimatach. Skaczę po emocjach. Testuję granice. Może właśnie dlatego gdzieś, kiedyś, ktoś znajdzie coś dla siebie.
Ale jest coś, czego boję się bardziej niż braku czytelników.
Czytelników, którzy nie rozumieją.
Nie tych, którym się nie podoba. Gust jest subiektywny.
Chodzi o tych, którzy oczekują bohaterów prostych, linearnych, jednoznacznych.
Weźmy Polę z „Pod cieniem tajemnic”.
To nie jest dziewczyna z podręcznika do pierwszej miłości. Ona się myli. Gubi. Źle interpretuje sytuacje. Pragnie akceptacji tak bardzo, że czasem sama sobie szkodzi. To proces, nie cukierkowa konsekwencja.
A życie?
Życie też nie jest linearne.
Jeśli ktoś oczekuje czystej formy: poznali się, zakochali, koniec — to nie tu.
Tu jest chaos, emocje, szukanie siebie.
Być czytaną nie oznacza być wygodną.
Cena ambicji: samotność, zazdrość i strach
Chcę sukcesu.
Nie będę udawać, że nie.
Wstydzę się mówić o tym głośno, bo w Polsce ambicja kobiety bywa odbierana jak fanaberia. Lepiej „przypadkiem coś osiągnąć”, niż przyznać, że się na to pracuje.
A ja pracuję. Ciężko. Uczciwie. Systematycznie.
Moja ambicja kiedyś mnie niszczyła. Teraz mnie napędza.
To ogromna różnica.
Ale cena ambicji istnieje.
Zazdrość.
Odsunięcie się ludzi.
Napięcie.
Strach, że kogoś zawiodę.
Jeśli miałabym dziś sto tysięcy wiernych czytelników, najbardziej przerażałoby mnie jedno: że któregoś dnia napiszę coś słabszego i ich zawiodę.
Nie boję się słabości. Słabość to proces. Dziś jest niedoskonałość, jutro może być rozwój.
Ale boję się zawodu w czyichś oczach.
Być czytaną to zgodzić się na bycie ocenianą.
A ja się na to godzę.
Piszę z potrzeby serca. Strategia przyszła później.
Nie mam misji.
Nie niosę sztandaru.
Nie chcę zmieniać świata.
Piszę historie, które sama chciałabym przeczytać. Jeśli dołączy do mnie więcej osób — świetnie. Jeśli nie — i tak będę pisać.
To potrzeba serca, do której dorobiłam strategię.
Nie sprzedam siebie za tysiące pustych komentarzy.
Nie zmiękczę tekstu, żeby był bezpieczny.
Nie będę udawać kogoś, kim nie jestem.
Chcę być czytaną.
Nie dla władzy.
Nie dla poklasku.
Nie dlatego, że potrzebuję dowodu, że jestem wystarczająca.
Chcę być czytaną, bo wierzę, że moje historie mają wartość.
I że znajdą swoje miejsce.
A jeśli nie?
Będę pisać dalej.

Leave a Reply