Nie pamiętam momentu, w którym powiedziałam: od dziś jestem weganką. Bo zanim wypowiedziałam to słowo na głos, byłam już na tej drodze. Dieta roślinna była dla mnie czymś naturalnym, instynktownym – choć przez lata przyszło mi ją realizować wbrew wszystkiemu i wszystkim.
Mięso? Nie, dziękuję. Nawet za karę.
Od dziecka nie lubiłam mięsa. Zapach, konsystencja, świadomość, skąd to pochodzi – wszystko to mnie odstręczało. Ale w tradycyjnym domu lat 80. i 90. nie było miejsca na fanaberie. Mięso miało być na talerzu i koniec. A jeśli nie chciałam – czekała mnie awantura. Czasem kara. Czasem… wymioty.
Długo nie miałam wyboru. Aż w końcu przyszedł moment, w którym zaczęłam go mieć. Najpierw przestałam jeść czerwone mięso, potem wieprzowinę, później przyszedł czas na drób. I choć to wszystko odbywało się stopniowo, ten jeden moment zapamiętam do końca życia: dzień, w którym moi rodzice – z uśmiechem i przekonaniem, że to zabawne – podali mi królika. Wbrew mojej woli. Zgodnie z zasadą: nie dowiesz się, to nie będzie problemu. Był.
Gdy nie da się już udawać, że wszystko w porządku
Po tej sytuacji nie byłam już w stanie wziąć do ust nawet kawałka mięsa. Czułam do niego wstręt – nie tylko fizyczny, ale i moralny. A gdy w kolejnych latach poszerzałam swoją wiedzę o tym, jak wygląda produkcja mięsa, mleka, futer… weganizm przestał być tylko stylem życia. Stał się wyborem etycznym. Świadomym. Jedynym.
Ale dieta roślinna to nie bajka
Nie, nie tęsknię za stekami, kabanosami, wątróbką – nigdy ich nie lubiłam. Nie uważam też, że wszystko da się bezproblemowo zastąpić roślinnymi zamiennikami. Bo choć rynek produktów wegańskich rośnie jak na drożdżach, są rzeczy, których po prostu nie da się odtworzyć. Przynajmniej nie w taki sposób, by zaspokoić pamięć z dzieciństwa.
Żelki Haribo – czyli wielka, nieodwzajemniona miłość
Tak, wiem, są wegańskie żelki. Tak, próbowałam. I nie, nie smakują jak Haribo. Brakuje im tej charakterystycznej sprężystości, smaku, który trudno nazwać – coś między sztucznym owocem a nostalgią. To właśnie żelki są moim jedynym, prawdziwym brakiem. Nie kotlet, nie ser, nie jajka – żelki. I może jeszcze kluski ziemniaczane z sosem, takim klasycznym, gęstym, esencjonalnym.
A czy dieta roślinna czegoś uczy?
Nie. Przynajmniej mnie nie nauczyła niczego nowego o mnie samej. Może dlatego, że była zawsze częścią mnie. Choć przyznaję – umiejętność odczytywania składów na etykietach to teraz moje drugie imię. Znam większość E-składników lepiej niż numer telefonu do przyjaciela. Wiem, gdzie „mleko” oznacza napój z orzechów, a gdzie ukrywa się serwatka pod egzotyczną nazwą.
Ale najbardziej cieszy mnie to, że dziś – inaczej niż kiedyś – nikt mnie już do niczego nie zmusza. Rodzina przywykła. Znajomi się starają. Teściowa… cóż, teściowa narzeka, ale taktownie 🙂
A gdy nie da się inaczej?
Podróże to zawsze kompromis. W niektórych miejscach świata dostępność kuchni roślinnej bywa dramatycznie niska. I wtedy – bez wyrzutów sumienia – staję się tymczasową wegetarianką. Zdarzy mi się zjeść ser, jajko, czasem jajecznicę na maśle. Ale nigdy mięsa. Granica jest dla mnie wyraźna. I to nie dlatego, że muszę ją przestrzegać, ale dlatego, że już jej nie potrzebuję przekraczać.
Czego mi brakuje w diecie roślinnej?
Brakuje mi prostoty. Tego, by nie musieć czytać każdej etykiety trzy razy. Brakuje mi żelków. I może czasem tęsknię za wspomnieniami z dzieciństwa, w których jedzenie – choć mięsne – oznaczało wspólnotę, dom, święto. Ale nawet te wspomnienia mogę dziś zbudować od nowa – we własnej wersji. Wegańskiej. Świadomej. Mojej.
Jeśli chcesz poznać wartości, którymi kieruję się w życiu – zajrzyj do wpisu: Najważniejsze wartości, które są dla mnie kompasem.
A jako bonus: ciekawostka! Moi bohaterowie nie są wegetarianinami 😉 Poznasz ich tutaj: mój profil na Wattpadzie.

Leave a Reply