Dzień 1 września – wspomnienia szkolne, dzieciństwo, tytka i szkolne emocje

Wspomnienia szkolne, które zostają z nami na zawsze

Dziś 1 września. Dla wielu dzieci – pierwszy dzień szkoły. Dla rodziców – lekkie wzruszenie lub ulga. A dla mnie? Pretekst, by wrócić pamięcią do własnych szkolnych lat. Do chwil, które zostają pod skórą, nawet jeśli myślimy, że już dawno o nich zapomnieliśmy. Dziś dzielę się z Wami moją osobistą podróżą przez klasowe ławki, przyjaźnie, błędy, nieśmiałość i pierwsze sukcesy, które zbudowały to, kim jestem.

Z tytką do szkoły, czyli słodki początek

Wychowałam się na Śląsku, gdzie do pierwszej klasy szło się z tzw. tytką – kolorowym rogiem obfitości pełnym cukierków. To był rytuał, który rozpalał dziecięcą wyobraźnię. Pamiętam, jak nie mogłam się doczekać, by dobrać się do jej zawartości. Sama szkoła nie była dla mnie szokiem – wcześniej chodziłam do zerówki w tej samej placówce, więc wszystko było mi już znane. Ale tytka? Tytka była wydarzeniem.

Nie byłam kujonem. Miałam trudności z koncentracją przy tematach, które mnie nie interesowały – ale gdy coś mnie pochłaniało, potrafiłam się skupić jak nikt. Już w podstawówce pisałam wiersze i piosenki, które z czasem przerodziły się w opowiadania, a potem powieści. W liceum moje życie toczyło się wokół sztuki – zajęć teatralnych, śpiewu, baletu i karate. Szkoła była obok. Obowiązek – nie pasja.

Biologia, historia i nauczyciele, którzy zobaczyli mnie za późno

Długo myślałam, że na maturze będę zdawać biologię. Uwielbiałam ten przedmiot, uczyłam się go z łatwością. Historia? Wydawało mi się, że ją też polubię – ale nie trafiłam na nauczycieli, którzy by to we mnie rozbudzili. A jednak to właśnie historia wygrała. Zaskoczyłam tym wszystkich – łącznie z samą sobą. W trakcie przygotowań pokochałam ten przedmiot jak żaden inny.

Do nauczycieli mam dziś dużo ciepła, choć wtedy bywało różnie. Po latach dostrzegam ich jako ludzi. Z kilkorgiem mam kontakt do dziś – są cudowni. Pamiętam też moment, który zostanie ze mną na zawsze: po maturze z polskiego moja nauczycielka podeszła do mamy i powiedziała: „Pani córka to moja porażka pedagogiczna. Nie zauważyłam przez te wszystkie lata, co w niej siedzi i ile umie.” Takie słowa się pamięta. I bolą, i budują.

Bullying, samotność i nieśmiałość silniejsza niż ambicje

Szkoła to też ciemniejsze wspomnienia. W podstawówce byłam cicha, inna, zamknięta w sobie. I przez to – atakowana. Nie mówiłam nikomu. Sama próbowałam sobie z tym radzić. Z czasem napaści ustały, ale zaskoczyło mnie coś innego – okazało się, że wiele osób w szkole, nawet tych z młodszych roczników, mnie kojarzyło… i nienawidziło. Byłam dla nich kimś „dziwnym”, „z zewnątrz”. Nigdy tego nie zrozumiałam do końca, ale ostatecznie przestałam się tym przejmować.

Niektóre przyjaźnie przetrwały długo, inne rozpłynęły się wraz z dorosłością. Najbardziej pamiętam Anię – dziewczynkę z zerówki, która podeszła do mnie i powiedziała: „Od dziś jesteś moją przyjaciółką.” Gdy wyjechała do Niemiec, serce mi pękło. Ale utrzymywałyśmy kontakt przez wiele lat. Dziś te wspomnienia są dla mnie jak kapsuła czasu.

System, który tłumi, zamiast rozwijać

Pamiętam szkolny stres. Przymus. Lekcje muzyki tak nerwowe, że większość klasy miała problemy żołądkowe. Plastyka, zamiast być twórczym oddechem, była źródłem napięcia. Nauczyciele wymagali, ale rzadko wspierali. Inność była źle widziana. Mundurki – obowiązkowe. W podstawówce każde odstępstwo od normy było karane. Dopiero w liceum można było być „sobą” i nikt nie robił z tego problemu.

Ale nawet tam – nie ujawniłam wszystkiego. Nieśmiałość, kompleksy, a nawet jąkanie sprawiały, że moje możliwości były niewidzialne. Dopiero szkoła policealna i studia stały się przestrzenią, w której rozwinęłam skrzydła. Dziękuję wykładowcom, którzy nie tylko mnie nie ograniczali, ale wręcz przeciwnie – pomogli mi rozkwitnąć. Jedna z profesorek powiedziała po moim dyplomie: „Pamiętasz, jaką gąską byłaś, gdy do nas przyszłaś? A teraz – nie do poznania.” To był prawdziwy komplement.

Szkoła dziś – i pytanie, czy warto by było wrócić

Czy chciałabym wrócić do tamtej szkoły, chociaż na jeden dzień? Nie. I to wcale nie jest gorzkie – po prostu wiem, że już wtedy wiedziałam, że to nie jest moje miejsce. Wszystko, co mnie ukształtowało, działo się poza nią.

Patrzę dziś na bratanka, który chodzi do szkoły w Norwegii. Tam dba się o emocje dziecka, o jego komfort. Nauczanie nie jest może na najwyższym poziomie, ale system – ludzki. Gdyby połączyć to z polską ambicją i poziomem – byłoby idealnie.

Dziś wiem jedno: nie każda szkoła daje skrzydła. Ale jeśli uda się je komuś ochronić przed podcięciem – to już bardzo wiele.


Jeśli ten tekst Cię poruszył, zajrzyj również do mojego wpisu o pasji, rozwoju i odkrywaniu siebie:
👉 Spełnianie marzeń w wieku dojrzałym – nigdy nie jest za późno

A jeśli masz ochotę zerknąć na fikcyjnych bohaterów, którzy – w przeciwieństwie do mnie – w szkole radzili sobie zupełnie inaczej, znajdziesz ich tu:
📖 Mój profil na Wattpadzie

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *